„ALEŻ JA CHCĘ BYĆ SKAZANA”

Jedną z postaci powieści Le Compagnon  jest pewna uczciwa kobieta, zabójczym swego wiarołomnego męża. Gdy żył, kochała go za bardzo, by mu przebaczyć jego zdradę. Lecz i zmarłego kochała tak bardzo, że nie mogła wybaczyć sobie tej zbrodni. Zarówno jej adwokat, jak i przewodniczący sądu przy­sięgłych wspólnie usiłowali dowieść jej, że nie jest winna. W końcu zbuntowała się przeciwko tym staraniom:,— Czy ma pani coś do dodania do mowy obrończej pani adwokata? Tak, panie przewodniczący — mówi nie poznając swego głosu — to co powiedział mój adwokat nie jest ścisłe. Ja chcia­łam zabić mojego męża. To nie był nieszczęśliwy wypadek. Ja byłam całkowicie świadoma. Wiedziałam bardzo dobrze co robię. To nie było dziełem przypadku.”Widząc zdumienie przewodniczącego na nowo podejmuje przerwany wątek:„Wiem dobrze, w głębi duszy, że jestem całkowicie winna. Długo wierzyłam w coś przeciwnego. W czasie śledztwa miałam czas na zastanowienie się. W godzinach poprzedzających jego śmierć z całej duszy pragnęłam uniemożliwić memu mężowi wymknięcie mi się, chciałam całkowicie go zniszczyć. Nie mówię tego pod wpływem przejściowej emocji, lecz dlatego iż jest to moje absolutne przekonanie. Chciałam go zabić”.Po czym osunęła się szlochając. „Zapłaciłam”, pomyślała. To, iż scena ta jest dziełem literackiej fikcji, w niczym nie uszczupla zawartej w niej ludzkiej prawdy.

OBRONA SPOŁECZNA

Wina, kara: słownictwo o inspiracji religijnej i mo­ralnej. W prawie świeckim, będącym podstawą naszego wymiaru sprawiedliwości, słowa te mogą razić. I rzeczywiście w tym sensie zniknęły one prawie całkowicie, tak jak stopniowo zanikało od­woływanie się do tego, co wykracza ponad możliwości jednostki.Jeśli przestępcę uważa się za ofiarę społeczeństwa, ja­kim prawem chce się go zmusić do odcierpienia kary? A jeśli, przeciwnie, widzi się w nim kogoś zbuntowanego przeciw spo­łeczeństwu, tę dziką bestię prosto z opowieści zwolenników re­presji, wówczas nieważne jest, czy poczuwa się on do winy, nie­ważne odcierpienie kary, byleby tylko pozostawał pod kluczem.Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku nie powinno się mówić ani o winie, ani o zadośćuczyniającej karze.Tymczasem wina to nie tylko zewnętrzne stwierdzenie naru­szenia zasad postępowania. Staje się ona sprawą wewnętrzną, pozostaje odczuciem. Psycholodzy dobrze znają ten chorobliwy świat winy. To nie oni zresztą pierwsi odkryli jego prawa równie stare jak ludzkość. „Oko było w grobie i spoglądało na Kaina”. Nie będąc ukaranym, Kain karał się sam, widząc spojrzenie Boga. Wyrzuty sumienia rodzą się i rosną pod wpływem bez­karności.Jedynie postępowanie sądowe i kara mogą przywrócić prze­stępcy spokój. „Wymiar sprawiedliwości uwalnia jednostkę od ciężaru winy” — napisał pewien współczesny lekarz, odkrywa­jąc na nowo słowa Salomona.

EGZORCYZM

Z drugiej strony czynności związane z wystąpieniem o odszko­dowanie dla ofiary ulegały uproszczeniu: ułatwione zostało wy­stąpienie z powództwem cywilnym i uzyskanie odszkodowania. Koszty podróży lub utrata zarobków spowodowane koniecznością stawienia się na rozprawie sądowej podlegały zwrotowi.Wreszcie rząd, idąc za ustawodawcą, zdecydował, że państwo wypłacać będzie odszkodowania najmniej zamożnym pokrzyw­dzonym, którzy za szkody wynikłe z oszustwa, kradzieży lub nadużycia zaufania nie będą w stanie uzyskać zadośćuczynienia, ponieważ przestępca nie jest wypłacalny lub nie został wykryty.Naprawienie szkody wyrządzonej pokrzywdzonemu to oddanie sprawiedliwości rozumowi. Tymczasem przestępstwo bulwersuje nie tylko umysł, wstrząsa ono wyobraźnią i uczucia­mi. Kara jest właśnie odpowiedzią na tę głęboką potrzebę uko­jenia.Ukaranie nie zawsze zniechęca, nieczęsto przeobraża. Uwię­zienie lub nawet stracenie mordercy nigdy nie ożywi ofiary. Wszystkie te efekty działania, które utylitarne patrzenie na spra­wiedliwość stawia na pierwszym planie, są mało skuteczne, a używając języka utylitaryzmu — mało opłacalne. Uzasadnienie istnienia kary sięga dużo dalej niż te niepewne jej skutki.Poprzez karę społeczeństwo przywraca obywatelom zaufanie i usuwa zakłócające spokój zwątpienie, które przestępstwo za­siało. Granica między dobrem i złem, między tym co sprawiedli­we a co niesprawiedliwe, jest wyznaczana na nowó. Przestępstwa nie można naprawdę zwalczyć, ponieważ nieustannie odradza się. Można je jednak zażegnać.

POMOC DLA POKRZYWDZONEGO

Obowiązek troski o pokrzywdzonego postanowiliśmy wprowadzić w drodze ustawowej; początkowo w formie bardzo prostej: należy przyjść mu z pomocą i w miarę możliwości na­prawić szkody materialne czy moralne, których doznał. Ustawa „Bezpieczeństwo i wolność” spowodowała wydanie zarządzeń, które powinny były pojawić się już dawno, gdyby troska o pokrzywdzonego budziła większe zainteresowanie.Aby nakłonić sprawców do naprawienia wyrządzonych swym ofiarom szkód, ustawa przewidywała, że w takim przypadku będą oni mogli liczyć na łagodniejsze traktowanie ich przez sędziów.Natychmiast zaprotestowano pod hasłem „Sprawiedliwość bo­gaczy”. A jednak jest rzeczą rozsądną — i zgodną z praktyką wszystkich cywilizacji — że wymierzona przez społeczeństwo kara może zostać złagodzona, jeśli sprawca osobiście „zada sobie trud” naprawienia wyrządzonej przestępstwem szkody. Jest spra* wą oczywistą, że jego możliwości, a więc i jego wysiłek, powinny być dokładnie ocenione. Sutener-miliarder będzie w stanie na­tychmiast zapłacić sumę 100 000 franków, gdy tymczasem ktoś mniej zamożny nie będzie mógł uregulować takiej kwoty inaczej jak w miesięcznych ratach. Decyzje w tym względzie będą w rę­kach sądu.Jednocześnie nowa ustawa przewidywała wyższe kary dla skazanego, który korzystając z warunkowego zawieszenia wyko­nania kary z oddaniem pod nadzór policyjny i mając obowiązek naprawienia szkody wyrządzonej swej ofierze, nie wywiąże się z tego zobowiązania.

DRZEWA HEINEGO

Naiwnością jest sądzić, że cienki cywilizacyjny polot spowoduje zanik tak głęboko zakorzenionych w nas instynktów pierwotnych. On je jedynie maskuje: ograniczenia społeczne usiłują ukierunkować je i pohamować za pomocą procesów wy­chowawczych. A jednak potrzeba choćby pośredniego ich zaspo­kojenia ciągle istnieje. Zemsta jest jednym z najgłębszych na­szych instynktów. Również i w tym przypadku samo zwalczanie nie wystarczy: konieczna jest również prewencja. Otóż nie ma innego sposobu zapobiegania zemście jak tylko zwalczanie zbrod­ni, której popełnienie wymaga zadośćuczynienia.Cytowany przez Freuda Henryk Heine za pomocą czarnego humoru daje świadectwo tego, co ukrywają w sobie głębie naszej podświadomości: „Jestem najspokojniejszym z ludzi. Moje prag­nienie to skromny domek kryty strzechą, lecz wyposażony w wygodne łóżko i dobry stół. Co dzień świeże mleko i masło, za oknami kwiaty, przed drzwiami kilka pięknych drzew, lecz gdyby dobry Bóg chciał uczynić mnie prawdziwie szczęśliwym, niech pozwoli mi ujrzeć sześciu lub siedmiu mych wrogów po­wieszonych na tych drzewach. Mając litościwe serce, wybaczę im przed ich śmiercią wszystkie krzywdy, jakie mi wyrządzili za swego życia. Oczywiście, należy wybaczać wrogom, ale nie wcześniej niż zostaną powieszeni”. Któż nie zauważy, że wstydliwe traktowanie tego głębokiego instynktu zemsty może doprowadzić jedynie do jego nasilenia.

OBSESJA NA TLE OFIARY PRZESTĘPSTWA

Jakiż to błąd zapomnieć w toku postępowania karnego o  ofierze przestępstwa! W trakcie długich dyskusji nad ustawą „Bezpieczeństwo i wolność” pewna dystyngowana osoba zarzu­ciła mi poświęcanie zbytniej uwagi „bezwstydnej ofierze”. Sic!„Widziałam tę, której nie widać, o której się nie myśli, która nie ujrzy już światła dziennego: widziałam ofiarę i to była moja córka”. Łatwo jest powiedzieć matce, którą ciągle przez ponad dziesięć lat, jakie upłynęły od śmierci jej córki, nęka myśl o mor­dercy, że gilotyna przecież nie zwróciłaby jej dziecka. Być może jest to głos rozsądku. Lecz czy ona jest w stanie go usłuchać?Każda ofiara w ten właśnie sposób, czasami przez bardzo długi czas po swojej śmierci, wywołuje tego rodzaju obsesyjne zjawiska. Znany jest przypadek samobójstwa matki i brata chłop­ca, który w czasie okupacji został rozstrzelany przez Niemców: tego szesnastoletniego bohatera generał de Gaulle uczynił po­śmiertnie najmłodszym z „Les Compagnons de la Liberation . Nagrodzony, lecz nie pomszczony.Są to obsesje życia prywatnego. Istnieją jednak i obsesje zbio­rowe. Każdy ma swoją uprzywilejowaną kategorię ofiar.Zadziwiającym zjawiskiem jest fakt, że według „światłych” opinii w normalnych czasach potrzeba pomszczenia takich lub innych ofiar przestępstwa jest negowana, a jednak wówczas, gdy chodzi o ofiary budzące szczególne zainteresowanie rzeczników tego rodzaju przekonań, potrzeba pomszczenia objawia się w spo­sób szczególnie gwałtowny. Pewna utalentowana pani adwokat uznaje więzienie za coś złego, gdy chodzi o zamknięcie w nim mordercy, natomiast dla gwałcicieli jest ono według niej dosko­nałe. O wypadkach mówi się, że zdarzają się wyłącznie innym. To samo można by powiedzieć o przestępstwach i o grożących za nie sankcjach.

„ZMARŁY, KTÓREGO NIKT NIE LUBIŁ”

Ofiary są w dwójnasób ofiarami.  Ofiarami przemocy i    ofiarami  obojętności. Obojętność ta jest            pozornie  niegroźna i prawie naturalna. W momencie zbrodni zainteresowanie budzi ofiara, a nie przestępca — który najczęściej jest jeszcze nieznany. W czasie rozprawy sądowej zainteresowanie budzi już nie nale­żąca do przeszłości ofiara, lecz przestępca, którego losy się ważą. Uwaga skupia się na żyjącym — wymazuje z pamięci zmarłego.Przyjrzyjmy się tym, którzy mówią. To na obrońcy przestępcy skupione są światła reflektorów. Prasa, radio, telewizja przyta­czają jego nazwisko, jego argumentację. Zresztą, wielcy adwokaci pasjonują się sprawami, w których gra toczy się o głowę prze­stępcy. Im zadanie trudniejsze, tym bardziej można popisać się talentem. Natomiast w imieniu powoda cywilnego występują nie­chętnie — to mierna rola. Jeśli zaś chodzi o prokuratora, nie budzi on zbyt wielkiego zainteresowania. Niektóre gazety traktu­ją go jak funkcjonariusza wymiaru sprawiedliwości, biurokratę oskarżenia. On tylko wykonuje swój ponury zawód.Nasz instynkt samozachowawczy odrzuca wyobrażenie śmier­ci. Początkowo przybiera to formę nienawiści wobec tego, kto zabił. Lecz gdy odnajduje się go, żałosnego nędznika, reakcja ulega odwróceniu. W dalszym ciągu rozczulamy się nad nami sa­mymi. Widzowie identyfikują się z tym, o którego życie toczy się gra. Ofiara zniknęła: tragedia zmieniła protagonistę.

WYBRYKI PSYCHOLOGII

Artykuł 64 kodeksu karnego mówi, że nie mamy do czynienia ani ze zbrodnią, ani z występkiem, jeśli podejrzany w chwili popełnienia czynu cierpiał na ograniczenie czynności umysłowych lub został do popełnienia go zmuszony siłą, której nie był w stanie się przeciwstawić. To ten właśnie artykuł ko­deksu karnego wprowadził na salę sądową psychiatrę.Także i w tym wypadku mamy do czynienia z nieporozumie­niem i paradoksem. Połączono tu ze sobą zbrodnię i odpowie­dzialność. Niepoczytalny sprawca nie może być odpowiedzial­ny za swój czyn. A contrario — kto w chwili popełnie­nia czynu nie jest niepoczytalny, jest zań całkowicie odpo­wiedzialny. Tylko że psychologia raz wprowadzona na salę sądową, bar­dzo poszerzyła zajmowane przez siebie miejsce. Nie bez pewnej satysfakcji wskazywała, że proponowane przez kodeks rozróż­nienie było zbyt kategoryczne, że odpowiedzialność ulega sto­pniowaniu, nie mieści się w nie sprecyzowanych bliżej grani­cach. Wezwana na konsultację, by scharakteryzować wyjątko­wość, skończyła na obalaniu pojęcia normalności. „Siła, której nie był w stanie się przeciwstawić”? A czy przemoc, na przykład pokazywana w telewizji, nie należy do takich sił? Gdzie jest więc granica?

Badaczy dziejów tajnych stowarzyszeń fascynują zwłaszcza dwa wątki w biografii uczonego i polityka

Najpierw ten, że pod wpływem oskarżeń o przekupywanie urzędników publicznych Bacon musiał ustąpić ze swojego urzędu. Współcześnie uważa się, że oskarżenia były bezpodstawne, a Bacon padł ofiarą walki o władzę między królem i Izbą Gmin. Tak czy inaczej, w roku 1621 musiał wycofać się z życia publicznego. Późniejsze lata spędził, starając się dokonać w dziedzinie logiki podobnego dzieła, jak Galileuszowe w fizyce, uwolnić badania naukowe od krępującego gorsetu teorii Arystotelesa i oprzeć na rozumowaniu indukcyjnym. Najwyraźniej był człowiekiem, którego intelekt nie znał granic. Drugi wątek to domniemane związki z postacią Szekspira. Niewielka, ale niezwykle uparta grupa uczonych twierdzi, że Szekspir nie mógł stworzyć wszystkich przypisanych mu dzieł bez pomocy jakiegoś współpracownika – bardziej płodnego, bardziej utalentowanego literacko i lepiej wykształconego. Mieszkaniec Stratford-upon-Avon nie mógł zdobyć takiej wiedzy o kulturze, jaką wykorzystywał Szekspir w swoich dramatach. Jego rodzice byli niepiśmienni, a on sam nie przejawiał większych talentów do nauki. Kiedy poznał utwory w języku francuskim, włoskim, hiszpańskim i duńskim, nie mówiąc już o językach starożytnych, łacinie i grece – pytają sceptycy, zauważając, że zdaniem współczesnego mu dramaturga Bena Jonsona, Szekspir znał ledwo trochę łaciny, a jeszcze mniej greki. Nieliczne zachowane świadectwa jego charakteru pisma, wszystko wyłącznie podpisy, potwierdzają, że człowiek, który je złożył, nie był nawykły do posługiwania się piórem – albo skopiował podpis, albo ktoś prowadził jego rękę.

Ambitny ksiądz zaczął ozdabiać nie tylko swój ukochany kościół

Mieszkańcy wioski z zachwytem powitali plany budowy sztucznej groty nieopodal krzyża na miejskim placu, Marie Demaud z równym zachwytem chodziła na targowisko w sukniach szytych według najświeższej paryskiej mody, czasami z torebką zawierającą akt własności nieruchomości, którą Sauniere zakupił na jej nazwisko. Mieszkańcy wsi byli wprawdzie ciekawi, skąd pochodzą bogactwa księdza, ale nie aż tak bardzo. W końcu dawał zatrudnienie miejscowym rzemieślnikom i ubarwiał życie małej społeczności, przydając jej znaczenia. Poza tym ich ciekawość w całości zaspokajała opowieść, która sensownie wszystko wyjaśniała. Według niej Sauniere wykopał coś znacznie cenniejszego niż złoto i kosztowności. Słowa o skarbie Dagoberta i pochowanym człowieku („i on jest martwy tutaj”) odnosiły się nie do zmarłego dawno króla Me- rowingów, ale do ciała Chrystusa. Miejsce jego ukrycia wskazywał zaszyfrowany pergamin ukryty w filarze za ołtarzem. Jednakże znalezienie ciała Chrystusa w jakiejś zapomnianej francuskiej wiosce mogło podważyć wszystkie prawdy chrześcijaństwa, same fundamenty wiary, i zburzyć wszystkie instytucje od Watykanu począwszy. Znaczyłoby, że albo Chrystus nie zmarł na krzyżu, albo nie zmartwychwstał, nie został zabrany do nieba trzy dni później. Należałoby ponownie przemyśleć zasady chrześcijaństwa i albo na nowo je sformułować, albo całkowicie odrzucić, z dwoma tysiącami lat wiary i poświęcenia.

ABY NIE DOPUŚCIĆ DO POWROTU GROZY

Niegdyś wielkie święta pokutne powodowały jedno­czesne objawienie grozy zbrodni i grozy kary. Ta druga anulo­wała tę pierwszą. Odrzuciliśmy grozę, ofiarną karę. Zapragnęliśmy systemu karnego jednocześnie dyskretnego i praktycznego — kar użytecz­nych dla odstraszenia, użytecznych dla rehabilitacji przestępców. Rezultaty nie nastąpiły.Pojawiła się rozpacz i u jednych nastąpiło odrzucenie samycb zasad represji, u innych zaś, przeciwnie, gwałtowny nawrót in- stynktu represyjnego. Nagle powstał brak spójności i popychani przez wzrost liczby aktów przemocy ryzykujemy powrót do grozy jako zasady karnej.Jak gdyby było niemożliwe odnowienie znaczenia kary bez obostrzenia jej warunków! Czy w obliczu zła można tylko pod­dać się rezygnacji albo też popaść w jeszcze większe zło? Rzucić się w ogień lub zamarznąć na śmierć?Nasze społeczeństwo znajduje się na zakręcie swego rozwoju. Nasz wymiar sprawiedliwości był zagrożony utratą równowagi. Dla wzmocnienia solidarności bez osłabienia wolności, dla przy­wrócenia równowagi bez popadnięcia w przesadę przeprowadzo­ne zostały umiarkowane reformy. Ich zasada jest prosta: t o sankcja kształtuje obowiązek, to znaczy więź społeczną. Wystarczy więc przywrócić sankcji jej skutecz­ność.

„KARA JEST DLA UCZCIWYCH LUDZI”

Kara może w pełni odgrywać swoją rolę w społeczeń­stwie dopóty, dopóki prawo będzie przestrzegane przez ogół oby­wateli dopóki odzwierciedla ono wartości zbiorowe i obyczaje. Kara oczyszcza ze zbrodni. To oczyszczenie dotyczy tylko tych zbrodniarzy, którzy bardzo tego pragną. Dotyczy ono jednak tak­że obywateli, którzy uważają się za „normalnych”, to znaczy ogromnej masy uczciwych ludzi, którzy w nieustannym biegu spraw mają żywotną potrzebę upewnienia się co do siły wartości zbiorowych i co do stanu społecznej zwartości.Koniec końców okazuje się, że kara pełni bardziej funkcję społeczną niż indywidualną – funkcję społeczną obejmującą funkcję indywidualną. Stwierdzenie tego jest zasługą Durkheima: Bez przesady można powiedzieć, że kara jest predyspo­nowana przede wszystkim do oddziaływania na uczciwych ludzi, ponieważ służy ona do leczenia ran zadanych świadomości zbiorowej i może w związku z tym wypełnić tę rolę jedynie tam, gdzie ta świadomość istnieje i o ile jest ona żywa”.Czy to przez przypadek Tocqueville rozpoczął swoje dzieło myśliciela wolności od rozprawy o amerykańskich więzieniach? Społeczeństwo, które żle rozumie swoje kary, źle rozumie swoje wolności. Społeczeństwo, które nie wierzy już w znaczenie kar, nie wierzy również w wartości wolności. Musimy prze­myśleć nasze kary mając na uwadze wolność.

KARA ODNAWIA PRAWO

Przede wszystkim kara przywraca prawu jego moc. Przywra­ca ją w społeczeństwie, lecz także i w skazanym. Poprzez swój czyn postawił się on, w sensie dosłownym, poza prawem. Kara jest środkiem do ponownego zintegrowania go, do uznania go za istotę prawną. Kara ma charakter uwalniający.Konieczność karania nie jest więc przejawem ślepej suro­wości. Stanowi coś więcej jak tylko zwykłą zalegalizowaną zemstę. Uwzględnia godność społeczną winnego, który poprzez karę i w niej samej powraca do rangi pełnoprawnego członka społeczeństwa.Hegel odnotował, że na łańcuchach genueńskich więźniów wy­ryte było słowo libertas. Nie znajdował on w tym ani śmieszności, ani też prowokacji, lecz przeciwnie, głęboką symbolikę: „Pogląd, , że kara zawiera w sobie własne prawo przestępcy, jest po­glądem, w którym przestępcy okazywana jest c z e ś ć jako isto­cie rozumnej. Cześć ta nie staje się jego udziałem, jeśli z samego jego czynu nie czerpie się pojęcia kary i miernika jej wyso­kości” . W ten oto sposób zbudowana jest sama zasada pro- j porcjonalności przestępstwa i kary.Powracamy tu do pierwotnego sensu kary. Słowo „ la peine (kara) wywodzące się od greckiego „poine” i łacińskiego „poena , dosłownie oznacza „compensation” — wyrównanie należności. Przestępca winien zapłacić. I to nie po to, żeby odpokuto­wać, gdyż pokuta związana jest z wyborem moralnym i dotyczy wyłącznie jego sumienia, lecz aby spłacić swój dług wobec spo­łeczeństwa. Jedynie poprzez uwolnienie się od tego długu od­najdzie on swoje miejsce w społeczeństwie i jedynie poprzez ten wymóg więź społeczna odnajdzie swą utraconą siłę.

TO CO WYMYKA SIĘ SPOD KONTROLI WYMIARU SPRAWIEDLIWOŚCI

Oby sądownictwo karne nadal nie interesowało się winą natury moralnej, będącą wyłącznie sprawą osobistą każdego człowieka! Państwo w zakresie swej zdolności sądzenia nigdy nie powinno mieszać sią do osobistych spraw istoty ludzkiej! De intimis non curat piaetor.Można z tego wyciągnąć jeszcze jeden wniosek. Za reedu­kację przestępcy, resocjalizację skazanego — jako zjawiska natury moralnej — społeczeństwo w istocie rzeczy nie ponosi odpowiedzialności. Jest sprawą równie zbędną co nieuza­sadnioną zrzucać na barki społeczeństwa jeszcze jedną winę, wmawiając mu, że jeśli resocjalizacja nie udaje się, jest to jego i jedynie jego wina. Uznać godność skazanego to uznać, iż jedy­nie on sam jest w stanie zrehabilitować się poprzez prawdziwą, wewnętrzną przemianę. I jak słusznie zauważył Pinatel, „to za­wsze sam więzień resocjalizuje lub reedukuje się w zależności od własnego wewnętrznego wyboru i podjęcia osobistej decyzji”. Oczywiście, społeczeństwo może wspierać taką decyzję, za­chęcając do tego rodzaju wyboru. Praktycy dobrze wiedzą, że przyszłość przestępcy niejednokrotnie zależy od „podania ręki” w trudnym momencie, od „czułego gestu” lub od „uśmiechu”. Lecz nikt ani nie może, ani nie powinien odbierać więźniowi je­dynej wolności, która mu pozostała — wolności polegającej na wzięciu za siebie odpowiedzialności, na wyborze swojej przy­szłości, swojej wolności i swojej samodzielności moralnej.

EPIZOD W HISTORII

Gdyby zaczęto sądzić człowieka wkracza­jąc we wszystko to, co w istocie ludzkiej najintymniejszego, za­prowadziłoby to prosto do inkwizycji. To nie przypadek, że inkwizycja była procedurą religijną, zajmowała się bowiem mniej : czynami, bardziej zaś wewnętrznymi przekonaniami. Była również jedynie epizodem w historii chrześcijaństwa, i potknięciem na jego długiej drodze. Od wieków rozwój całej cywilizacji europejskiej podążał w kierunku stopniowego roz­działu doczesnego i duchowego i trend ten objął także wymiar sprawiedliwości. Fakt ten jest tym bardziej godny podkreślenia, że przecież wymiar sprawiedliwości mógł dostarczyć kościołowi możliwości interweniowania w cywilnym społeczeństwie. Cywili­zacja europejska stopniowo zadbała o to, aby nie mieszać sądu . rozpatrującego czyny, będącego absolutną domeną władzy świec­kiej, z sądem sumienia, który rezerwowała sobie władza duchówna. Sąd kościelny począł oddawać skazanego „władzy świeckiej”. Sprawiedliwość coraz bardziej zaczęto uważać za problem dyscy­pliny społecznej, leżący wyłącznie w gestii władzy cywilnej. Rozróżnienie to położyło fundamenty, zresztą nie bez trudności i odruchów sprzeciwu, pod panowanie wolności, zaś nie­dostępna wolność świadomości moralnej stała się przywilejem j zarówno oskarżonego, jak i skazanego.

JESTEM WART WIĘCEJ NIŻ MOJE ŻYCIE

Ale poczucie winy nie jest jedynie świadomym lub podświadomym pragnieniem kary. Biorąc winę na siebie, na po­wrót bierze się za siebie odpowiedzialność. Wyrzuty sumienia zdają się mówić: „ty powinieneś być innym człowiekiem”. Pe­wien młody przestępca tuż przed egzekucją wyraził to w taki oto sposób: „jestem wart więcej niż moje życie”.Często przyznanie się do winy jest pierwszym krokiem w tym kierunku. Przestępca uznaje, że jest to jedyny sposób, by pozna­no go dzięki jego własnej prawdzie i by za swój czyn wziąć na siebie odpowiedzialność. Wyznanie zbrodni, jakie w Zbrodni i karze czyni Soni Raskolnikow, jest gestem miłości przynoszącym mu nową niewinność.Oto dlaczego kara, jeśli wymierzona jest w duchu sprawiedli­wości, może być „uznaniem godności ludzkiej” .W tym względzie należy jednak wystrzegać się na­stępującego nieporozumienia: kara nie jest jedynie problemem moralnym, zaś zadaniem wymiaru sprawiedliwości nie jest „pra­wienie morałów”.Oczywiście, względy moralne motywują sądownictwo karne. Czyny, za które społeczeństwo wymierza kary, są również czy­nami potępianymi przez moralność. A jednak działanie sądow­nictwa karnego nie zawsze jest zbieżne ze względami moralnymi. Społeczeństwo nie może rościć sobie prawa do karania człowieka za jego postawę moralną w życiu prywatnym. „Umowa społeczna” zezwala na wymierzanie sankcji tylko za takie zachowania ; indywidulne, które zagrażają społeczeństwu i stosunkom społecznym. Nawet jeśli chodzi o czyny, których prawo zabrania, zadaniem wymiaru sprawiedliwości nie jest zajmowanie się ich moralnymi aspektami.

TAJEMNICA SAMOBÓJSTW W WIĘZIENIU

Istnieje pewna bolesna statystyka — ta dotycząca sa­mobójstw w więzieniach: około czterdziestu przypadków rocznie. Ale liczba ta intryguje: trzy czwarte lub cztery piąte ogólnej licz­by samobójstw to samobójstwa osób znajdujących się tylko w areszcie tymczasowym. Ponieważ osoby te stanowią nieco mniej niż połowę całkowitej liczby więźniów, oznacza to, iż po­pełnia się dziesięć razy więcej samobójstw przed niż po skazaniu. Dlaczego? Przecież „areszt śledczy”, gdzie osadzeni są domniemani nie­winni, zawsze posiadał łagodniejszą dyscyplinę niż „więzienie karne”, gdzie skazany winien odbyć swoją karę. Co więcej, cidesperaci bardzo często mogli liczyć na bardzo niski wymiar ka­ry, wręcz jej zawieszenie.Prosiłem o wyjaśnienie tego problemu psychiatrów wyspecja­lizowanych w problematyce penitencjarnej. Doszli oni do wnio­sku, że podejrzany zadręcza się poczuciem winy. co w aspekcie moralnym można nazwać wyrzutami sumienia. Natomiast gdy jest już skazany, odczuwa ulgę. Zapłaci za swą winę.W wyjaśnieniu tego paradoksu może być pomocny Freud, który przedstawia „poczucie winy jako podstawowe zagadnienie rozwoju cywilizacji”. Według niego uczucie to jest odmianą lęku wywodzącego się z faktu, iż człowiek powinien sam pohamowy- wać swoje mordercze popędy.Agresywność tkwi w człowieku, lecz on się jej lęka i jeśli nie umie skierować jej ku pożytecznym celom, wówczas odrzuca ją i tłumi. Odczuwa potrzebę, aby być ukaranym za tę agresywność. I właśnie za pośrednictwem poczucia winy karze sam siebie.Zakaz, obowiązek ustawowy, represja karna ograniczając agresywność, równocześnie łagodzą poczucie winy. Odnosi się to także i do przestępcy. Odczuwa on często dziwne pragnienie „powrotu do normy”, potrzebę kary. Niekoniecznie musi być wie­rzący, by podświadomie odczuwać pragnienie odpokutowania za grzechy, inaczej mówiąc — odkupienia ich.

SKUTKI PRZESTĘPSTWA

Skutki przestępstwa są niewspółmiernie większe od tego, co sugerowałyby dane ilościowe. Czym jest pięćset zabójstw umyśl­nych rocznie, w tym około pół tuzina ofiar terroryzmu, wobec dwunastu lub trzynastu tysięcy śmiertelnych ofiar wypadków drogowych lub dwustu tysięcy zmarłych na chorobę wieńcową? j Czyż nie można osiągnąć o wiele bardziej spektakularnego po­stępu przez profilaktykę zawałów, przez walkę z alkoholizmem lub przez ściślejsze przestrzeganie kodeksu drogowego niż przez walkę ze zbrodnią? A tymczasem to właśnie zbrodnia najsilniej bulwersuje opinię publiczną.Sytuacja we Włoszech może posłużyć tu za wyjaśnienie. Do­piero tysiąc razy więcej morderstw, porwań i przypadków ko­rupcji, niż ma to miejsce, mogłoby stanowić realne fizyczne za­grożenie dla społeczeństwa i dopiero wtedy można by rzeczy­wiście mówić o anarchii i nawrocie barbarzyństwa. Dowodem na to niech będzie fakt, iż turysta, który ani wewnętrznie nie czuł j się tam zagrożony, ani też nie był świadkiem jakiegokolwiek za- j grożenia zewnętrznego, powraca do siebie z przeświadczeniem o  panującym w tym kraju bezpieczeństwie. Tymczasem moralne konsekwencje panującej tam przestępczości dodatkowo zwiększa­ją jej materialne skutki. Można zadać sobie pytanie, czy Włosi nie zaczynają chwiać się pod naporem przemocy: tymczasem ryzyka tego w statystyce nie widać. Krzyku ofiar nie można zmierzyć w decybelach. I pobrzmie­wać on będzie w milczeniu serc ludzkich dopóty, dopóki sprawiedliwość nie zdoła uciszyć jego echa.