KRZYK OFIAR PRZESTĘPSTWA

Któż nie widział w telewizji dyskusji okrągłego stołu na temat obrony koniecznej? Zwolennicy twardych metod po­stępowania wygłaszają gromkie przemowy. Przedstawiciele władz mogą jedynie potępiać indywidualne próby przywłaszczania sobie uprawnień policji i sądownictwa, przynależnych wyłącznie spo­łeczeństwu. Intelektualiści zaś potępiają to, co wydaje im się przejawem wstecznictwa, zarówno społecznego jak i moralnego. Podobna dyskusja miała miejsce podczas telewizyjnego programu „Dossiers de 1′ecran”. Padły tam słowa proste i mocne. Słowa ojca, którego córkę dwóch mężczyzn, wuj i siostrzeniec, najpierw zgwałciło, a następnie zamordowało. Ojciec ten spo­kojnie oświadczył, że jeśli tylko któryś z morderców jego córki wyjdzie na wolność, zabije go.Uczestnicy programu w obliczu tego ostrzeżenia pozostali milczący. Któż bowiem mógł wystąpić przeciwko temu człowie­kowi, który nie usiłował bronić żadnego punktu widzenia, a jedynie chciał pomścić swoją córkę? Zarówno przedstawiciele władz, jak i zwolennicy różnych poglądów czuli się bezsilni. Jak przeciwstawić się równie niewzruszonej woli?

OKRUTNA LITOŚĆ

Poprzez głoszenie opinii uzurpujących sobie prawo do miana szlachetnych i, co gorsza, słusznych, podstąpnie postawio­no w stan oskarżenia wymiar sprawiedliwości, a wraz z nim i państwo. Natrętnie żądając pobłażliwości, oskarżano o okru­cieństwo wszystkich, którzy zachowywali wobec niej pewną re­zerwę. Represja przypominała pomnik samotnie stojący wśród ruin.Lecz czy rzeczywiście stojący? Niszczono go nawet od we­wnątrz. Wymiar sprawiedliwości również począł wątpić w słusz­ność stosowania represji, a w miarę wzrostu nacisków tych, któ­rzy oskarżali go o nie licującą ze współczesnością surowość, po­grążał się w działaniach nacechowanych słabością. Tymczasem zewsząd dobiegało oskarżenie wprost przeciwne: że wymiar spra­wiedliwości przestał wypełniać powierzone mu obowiązki.Należało odnaleźć znaczenie sankcji karnych, lecz należało również zachować wszystkie zdobycze zarówno sądownictwa bardziej dbałego o jednostkę, jak i systemu więziennego bardziej otwartego na problemy związane z przyszłością skazanego i wy­pełniającego swe obowiązki pod kontrolą sędziów i we współ­pracy z nimi. Należało przywrócić równowagę i przestać podda­wać się tej „okrutnej litości”, którą tak trafnie zdefiniował Francis Bacon: „Litość bywa prawdziwie okrutna wtedy, gdy zachęca do oszczędzania złoczyńców i zbrodniarzy, których wi­nien dosięgnąć miecz sprawiedliwości. Jest wówczas jeszcze okrutniejsza od samego pojęcia okrucieństwa, ponieważ okru­cieństwo dosięga jedynie jednostek, gdy tymczasem fałszywa litość poprzez bezkarność, którą wywołuje, ośmiela i popycha przeciw ogółowi uczciwych ludzi całą armię złoczyńców” .

PROBLEM RECYDYWY

Przedwczesne wyjście z więzienia, niewystarczająca represja? Oto 65-letni mężczyzna wychodzi z więzienia skruszony lub, jak kto woli, uleczony po odbyciu bardzo długiej kary. Po sześciu latach ten, zwolniony w 1974 roku, kryminalista na emeryturze na nowo „wkracza” na drogę przestępstwa.Czy należy połączyć represję i prewencję, dając więźniom praktyczne możliwości przygotowania już w więzieniu ich przy­szłej resocjalizacji? Jean-Paul zdobył w więzieniu dyplom z za­kresu nauk filozoficznych: jako ze wzorowym więźniem prze­prowadzono z nim wywiad w telewizji, w którym przyznał, iż „kultura poskramia nas” i że on wykorzystał stworzone mu moż­liwości. Cztery lata później, po wzięciu zakładników, ucieka z więzienia.Problem recydywy stawia w ostrym świetle klasyczne proble­my kryminologii. Wykazuje, że nawet więzienie nie jest wystar­czające dla powściągnięcia przestępczego popędu. Jest uosobie­niem porażki represji następującej po niepowodzeniach prewencji. Uczy pokory.Winniśmy więc, rozpatrując ten problem, zachować pewien umiar, natomiast nie wolno nam zaniechać zajmowania się nim. Oczywiście, represja nie jest panaceum. Nie jest nim również i prewencja. A jednak dysponujemy tylko tymi dwoma środka­mi i byłoby sprawą niewybaczalną, gdybyśmy nie wykorzystali w pełni możliwości, które nam one dają.

„TO MUSIAŁO SIĘ ŹLE SKOŃCZYĆ”

Na dwóch skazanych jeden ponownie dopuszcza się przestępstwa. Pociąga to za sobą poważne konsekwencje.Opinia publiczna, przeważnie przychylna stosowaniu środków represyjnych, pyta: dlaczego z więzień zwalnia się niebezpiecz­nych osobników? Zaś zwolennicy represji lepiej zorientowani zwracają uwagę na fakt, iż w przypadku kryminalistów, którzy odbyli kary przekraczające piętnaście lat więzienia, wskaźnik recydywy spada do 12%.Zwolennicy resocjalizacji ze swej strony wolą nie pamiętać o tych porażkach, natomiast na plan pierwszy wysuwają przykłady więźniów nie popełniających ponownie przestępstw. A jeśli wspominają o porażkach, to tylko w celu posłużenia się nimi jako argumentem przeciwko takiemu modelowi więzienia, który ciągle pozostaje zbyt „więzienny”. Tymczasem problem recydywy winien raczej skierować na­sze dociekania ku tajnikom osobowości przestępcy.Przez zwolnionego z więzienia mordercę zastrzelona zostaje dyrektorka ogrodu zoologicznego w Tuluzie, która, wbrew ostrze­żeniom wszystkich, zatrudniła go u siebie, aby dać mu szansę: było jej go żal.’Po tym drugim morderstwie zabójca powiedział: „To musiało się źle skończyć”. W wieku lat szesnastu Christian miał dość „nieustannego po­grążania się”. Już w dzieciństwie wciągnięty został w spiralę przestępstw. Znajduje w końcu rodzinę, która go przygarnia, ży­wi, umożliwia uzyskanie zawodu. A on dla kradzieży 50 franków zabija babcię.

POŁOWICZNA WOLNOŚĆ

Tak więc stworzono ośrodki „połowicznej wolności”,. Jeden z nich wywołał ogólne oburzenie, gdy zorientowano się, że nie­którzy więźniowie, korzystając z oferowanych im ułatwień, od­nowili związki ze swymi przyjaciółmi, a szczególnie „przyjaciół­kami”, i podjęli na nowo swą przestępczą działalność… korzysta- | jąc z penitencjarnej poręki!Pewnego dnia więzień zostanie zwolniony. Czy wówczas bę­dzie to człowiek odpowiedzialny, gotowy zająć swe miejsce w społeczeństwie? Czyż można sobie tego nie życzyć? Czyż mo­żna nie przygotować wszystkiego, by tak się stało? Jest to cel działania polityki „resocjalizacji”. Przyznajmy: nie osiągnęła ona takich rezultatów, jakie w 1945 roku przewidywali jej inicjatorzy. Popadając z przesady w prze­sadę, doprowadziła do powstania złej opinii o niej. Społeczeństwo rozgoryczone niepowodzeniami łagodnych metod, gotowe jest | wrócić do starych dobrych czasów, gdy królowało zawołanie „po­zabijajcie ich wszystkich!” Gotowe jest zapomnieć o innym ryzyku: ryzyku ponoszonym przez nie samo wówczas, gdy od­daje ono więźnia na łaskę zamętu tego ranka, w którym wychodzi on z więzienia, zamętu zwanego „wolnością”. I jeśli więzień nie będzie przygotowany na przyjęcie świata, którego zwyczajów za­pomniał, świata, w którym trzeba będzie walczyć, by przeżyć, walczyć ze złą opinią spowodowaną pobytem w więzieniu, wów­czas powrót do przestępczości może zacząć wydawać mu się je­dynym możliwym wyjściem.

INTUICJA TOCQUEVILLE’A

Stanowisko sędziego w więzieniu nie jest niczym in­nym jak tylko jednym z elementów systemu „rehabilitacji” ska­zanych — i jednocześnie poważnego problemu, jaki ten system stwarza. To Tocgueville, z półtorawiekowym wyprzedzeniem, odgadł sprzeczności tkwiące w problemie rehabilitacji więziennej.„Doświadczenie uczy nas, że przestępca, który popełnił czy­ny najbardziej przebiegłe i najzuchwalsze, częstokroć w więzie­niu jest najmniej buntowniczy ze wszystkich. Jest bardziej od innych zdyscyplinowany, ponieważ jest od nich inteligentniej­szy… Tak więc przyznając więźniom przywileje na podstawie ich dobrego sprawowania się w więzieniu, ryzykuje się, że złagodzi się rygory więzienne kryminaliście, który najmniej na to za­służył, a pozbawi wszelkich łask tych, którzy najbardziej będą ich godni” .A w sytuacji, gdy „przywileje” nie polegają już wyłącznie na skierowaniu do spokojnej pracy w kuchni lub sekretariacie, lecz na wydawaniu przepustek i przedterminowych zwolnieniach, roz­wija się kunszt stosowania oszukańczych wybiegów, rośnie gro­żące społeczeństwu niebezpieczeństwo. Rośnie również ryzyko dla więźniów, ryzyko powrotu do polityki represji bez niuansów.

NIE WYKONANE KARY

Już dawno temu Decazes powiedział: „Prawo powinno towarzyszyć skazanemu w więzieniu, a więc tam, gdzie go za­prowadziło”. Po wojnie sędziowie poczęli przyjmować na siebie odpowiedzialność za wykonanie kar. Do obowiązków sędziego odpowiedzialnego za wykonanie kary należało więc śledzenie procesu resocjalizacji poprzez ścisłe zatwierdzanie poszczegól­nych jego etapów i stopniowe kontrolowanie efektów. Tymczasem w pojęciu opinii publicznej i bardzo często w rze­czywistości sędzia ten wydawał się przede wszystkim zajmować sprawą skrócenia pobytu w więzieniu. To co winno być „zindy­widualizowane”, stało się prawie automatyczne. W chwili, w któ­rej wzrost liczby aktów przemocy wydawał się wymagać wię­cej zdecydowania, byliśmy świadkami prawdziwej erozji kar w postaci gwałtownego wzrostu liczby przypadków darowania reszty kary i warunkowych zwolnień. A gdy sędzia, obejmując swe obowiązki w więzieniu, oświadcza, że władza tu należy do niego, bo „władza sądowa” jest niezawisła, oraz że władza dyscy­plinarna owego zakładu karnego winna być mu podporządko­wana, wówczas powaga wszelkiej władzy w więzieniu ulega osła­bieniu. Bywało już, że sędziowie poczynali przyjmować u siebie delegacje więźniów, to znaczy zaczynali negocjować z „kaida- mi”. To dobrze, gdy obecność sędziego przypomina administra­cji więziennej jej obowiązek bycia sprawiedliwą, lecz źie, gdy sędzia usiłuje przejmować te kompetencje, które zarówno we Francji, jak i w każdym innym kraju, wchodzą w zakres działa­nia władzy wykonawczej.

NIE NISZCZYĆ WEWNĘTRZNEJ WOLNOŚCI

Często się zresztą zdarza, że eksperci nie zgadzają się ze sobą. Ekspertyzy prowadzą do kontr-ekspertyz, kwestionowa­nych następnie przez kolejne kontr-kontr-ekspertyzy. Publiczność i sędziowie nie będąc specjalistami gubią się w tym wszystkim: powstaje wrażenie niekonsekwencji, niepewności i samowoli. I niezależnie od tego, czy wypowiadane przez „władzę psychia­tryczną” opinie są jednomyślne, czy też wzajemnie się wyklu­czają, zawsze mogą stać się pożywką dla wzburzenia. Ciekawe, że większość przestępców nie chce zostać uznanymi za chorych. Wielu ma uczciwość przyznać się, że ryzykowało i przegrało. Jest to z ich strony jak gdyby przebłysk poczucia godności ludzkiej.Czy na nowo trzeba będzie nauczyć się rozsądku widząc, jak w niektórych krajach równie sprawnie manipuluje się knutem jak strzykawką, i gdzie nie wie się już, czy więzienia są szpi­talami psychiatrycznymi, czy też szpitale psychiatryczne — wię­zieniami? Na tę niepewną drogę wkroczono już w Szwecji i w Re­publice Federalnej Niemiec. Tym z więźniów, którzy wyrażali na to zgodę, wykonywano lobotomię mózgu, kastrowano skaza­nych za zbrodnie o podłożu seksualnym. Uczynimy niewątpliwie słusznie, czekając na przekonywające rezultaty tego rodzaju dzia­łań, nim podejmiemy je sami.„Leczyć zbrodniarzy, poddawać ich, bezsilnych, wątpliwym doświadczeniom — czyż nie jest to bardziej okrutne niż karać ich tak, jak my to czynimy? Uwięzienie pozbawia ich czasowo wolności fizycznej, lecz nie niszczy ich wolności wewnętrznej.

SENS WYRAŻONEJ OPINII

Lekarze psychiatrzy, rozważając jakiś przypadek, w swoich konkluzjach nie są aż tak stanowczy: natomiast na salę sądową wprowadzają wątpliwości lub też utwierdzają te, które powstały w umysłach publiczności, sędziów i sędziów przysięgłych. Wa­hano się, czy sądzić: to oni dostarczają argumentów ku temu, by się wahać, by nawet zaniechać sądzenia.Język naukowy w sztuczny sposób nakłada się na sytuację tak bardzo wyjątkową i tak mało naukową, jaką jest społeczny akt sądzenia i karania. A oto przykład: „Jego zewnętrzny spokój nie jest wyrazem wewnętrznego zrównoważenie umysłowego, lecz raczej rezultatem patologicznego tłumienia agresywnych popę­dów. Tego rodzaju proces neurotycznej inhibicji siłą rzeczy po­woduje nadwrażliwość. Pod wpływem wstrząsów emocjonalnych lub też czyjegoś szkodliwego oddziaływania zdolny jest do gwał’ townych wybuchów. To w tym podwójnym kontekście należy, wydaje się, umiejscowić ten nagły napad żądzy mordu u oskar­żonego…”Czy sędziowie przysięgli w pełni pojęli sens tak wyrażonej opinii? Nie mógłbym przysiąc. Gdyby naprawdę tak było, do- szliby być może do wniosku, że do tego schematu pasować może każdy. Ale oni raczej tylko wierzą, że zrozumieli, i to im wy­starcza. Sądzą, że oskarżony, pomimo swego zewnętrznego spo­koju, nie jest całkowicie normalny, a więc i nie całkowicie od­powiedzialny za swój czyn.Normalny? Będąc naukowcem, usiłuje się zrozumieć i wyjaś­nić wybrane zjawiska, a nie rozstrzygać o ich zgodności z normą. Ponieważ psycholodzy nie są w stanie określić normalności, ich interwencja w procesie sądzenia, który powinien przywrócić nor­mę, niesie w sobie pewną sprzeczność. Oni sami czują się nie­zręcznie i w podobny stan ducha wprowadzają samo sądow­nictwo. Czuć się niezręcznie — czy to źle? Byłoby dziwnym czuć się całkowicie swobodnie przy osądzaniu człowieka … Problemem jest raczej konieczność uniknięcia sytuacji, w której opinia psy­chiatryczna staje się dla sędziów pretekstem do zaniechania są­dzenia.

WYBRYKI PSYCHOLOGII

Artykuł 64 kodeksu karnego mówi, że nie mamy do czynienia ani ze zbrodnią, ani z występkiem, jeśli podejrzany w chwili popełnienia czynu cierpiał na ograniczenie czynności umysłowych lub został do popełnienia go zmuszony siłą, której nie był w stanie się przeciwstawić. To ten właśnie artykuł ko­deksu karnego wprowadził na salę sądową psychiatrę.Także i w tym wypadku mamy do czynienia z nieporozumie­niem i paradoksem. Połączono tu ze sobą zbrodnię i odpowie­dzialność. Niepoczytalny sprawca nie może być odpowiedzial­ny za swój czyn. A contrario — kto w chwili popełnie­nia czynu nie jest niepoczytalny, jest zań całkowicie odpo­wiedzialny. Tylko że psychologia raz wprowadzona na salę sądową, bar­dzo poszerzyła zajmowane przez siebie miejsce. Nie bez pewnej satysfakcji wskazywała, że proponowane przez kodeks rozróż­nienie było zbyt kategoryczne, że odpowiedzialność ulega sto­pniowaniu, nie mieści się w nie sprecyzowanych bliżej grani­cach. Wezwana na konsultację, by scharakteryzować wyjątko­wość, skończyła na obalaniu pojęcia normalności. „Siła, której nie był w stanie się przeciwstawić”? A czy przemoc, na przykład pokazywana w telewizji, nie należy do takich sił? Gdzie jest więc granica?