ZARAŹLIWOŚĆ SŁABOŚCI

Niedorzeczne teorie zwolenników swobodnych zasad moralnych nie zdejmują odpowiedzialności jedynie z winnego, lecz rozkładają ją na wszystkich, którzy uczestniczyli w jego są­dzeniu. W całym społeczeństwie rozbudzają brak poczucia odpo­wiedzialności. W pewnym departamencie Masywu Centralnego żandarmi za­trzymują chłopca, który w czasie bijatyki ciężko poranił nożem innego jej uczestnika. Z kajdankami na rękach przewożą go w fur­gonetce do gmachu sądu, a następnie oddają w ręce prokuratora Republiki, który poddaje go krótkiemu przesłuchaniu. Chwilę póź­niej podejrzany, który już znalazł się na wolności, zaczepia żan­darmów na stopniach gmachu sądu szydząc: „O tej godzinie nie złapię już autobusu, by wrócić do wsi. Nie moglibyście mnie tam podrzucić”?Czyż policjant ma się nie wahać oddać przestępcę w ręce prokuratora, jeśli obawia się, że zostanie on stamtąd natychmiast zwolniony? Czyż prokuratura ma się nie wahać ścigać, jeśli oba­wia się, że sędziowie wydadzą wyrok uniewinniający. Czyż sę­dziowie mają nie odstąpić od skazania złoczyńcy, jeśli obawiają się, że kara przez nich wymierzona nigdy nie zostanie wykona­na? Oto zaraźliwość słabości.

GDZIE JEST BAKCYL?

Postawy te opierają sią na mglistych referencjach ide­ologicznych, które analizą osobowości ludzkiej sprowadzają do rozpatrywania jej wyłącznie w kategoriach ekonomicznych, so­cjalnych lub psychicznych. Trend ten przestał być nośnym, lecz nadal postępuje sią tak, jakby takim pozostał. Ciągle głęboki jest ślad, jaki odcisnął w mentalnościach ludzkich, podkreślić, iż determinizm ten jest całkowicie oparty na mitach. Jeśli istniałyby jakiekolwiek dowody jego słuszności, wolna wola byłaby jedynie czymś całkowicie pozornym, rodza­jem błędnego ognika: można by było przewidzieć zbrodniarza, tak jak astronom może przewidzieć zaćmienie słońca, czy też bio­log — rozwój choroby wywołanej drobnoustrojami. Pomimo wielu badań kryminologom nie udało się wyodrębnić w sposób nau­kowy prawidłowości rządzących formowaniem się kryminalisty i     zbrodni. Nawet nie można „przewidzieć”, który z przestępców stanie się recydywistą! Nie odkryto ani specjalnych uzdolnień, ani mikrobu, ani też genu zbrodniczości. Tak więc wszelkie bio­logiczne teorie spaliły na panewce, zaś socjologiczne wyjaśnienie problemu jest w tym samym stopniu słuszne, co wytłumaczenie zachorowania na gruźlicę wyłącznie środowiskiem, w jakim się żyje. Żle się odżywiając, nie dbając o siebie, żyjąc w ciasnocie odrażających warunków mieszkaniowych ma się więcej możli­wości zapadnięcia na nią, a jednak by tak się stało, konieczne jest zetknięcie się z prądkami Kocha. Czy, jeśli chodzi o zbrodnię, bakcyl nie istnieje? Chyba że na imię mu wolność…

AKCEPTACJA SPOŁECZEŃSTWA

Czy należy akceptować społeczeństwo uciekające przed samym sobą, które — na podobieństwo papieży handlujących, w okresie poprzedzającym luteranizm, odpusta­mi — poprzez winnego usiłuje usprawiedliwić swą własną sła­bość? Czy należy pozbawiać człowieka jego osobowości poprzez pu­bliczne rozstrząsanie jego problemów, czyniąc zeń wyrzutka spo­łeczeństwa, upośledzonego socjalnie, nieodpowiedzialnego bła­zna? A dzieje się tak dlatego, że — i jest to jeszcze jeden pa­radoks — zarówno darowanie kary, jak i jej złagodzenie może nastąpić jedynie w wyniku upokarzającego procesu pozbawienia człowieka jego honoru lub szacunku doń. Niektórzy adwokaci przedstawiają swych klientów jako ludzi ciężko chorych, których, logicznie rzecz biorąc, należałoby umieścić w zakładzie psychia­trycznym. By uchronić ich przed skazaniem w procesie karnym, wymierza im się najokrutniejszą z kar moralnych. Po to, by wy­jaśnić i usprawiedliwić jakiś czyn, unicestwia sią człowieka.

INDYWIDUALIZACJA NEGUJĄCA JEDNOSTKĘ

Tak więc, poprzez tego rodzaju przewartościowanie, poszukiwanie indywidualizacji doprowadziło do najbardziej przy­ziemnego determinizmu. Wysiłki ogarnięcia skomplikowanej oso­bowości jednostki sprowadzano do analizy środowiska’, z którego pochodzi, jej edukacji, okoliczności, w których przyszło jej żyć, ludzi, z którymi przestawała. Krótko mówiąc, do analizy wszyst­kiego tego, co mogło ograniczyć jej swobodę i poczucie odpo­wiedzialności. Udawano przy tym, że przedmiotem troski jest człowiek, gdy tymczasem to właśnie on rozpłynął się wtopiony w niewyraźne środowisko, które ponoć uformowało go. „Indy­widualizacja” doprowadziła więc do negowania jednostki. Ścigany przez klątwę Edyp nawet nie wiedział, że po­pełnia ojcobójstwo. A jednak przyjął na siebie odpowiedzialność za ten czyn, ponieważ każda zbrodnia wymaga kary i oczyszcze­nia. Tymczasem nasz determinizm społeczny i psychologiczny produkuje nam „zbrodniarzy mimo woli”, zbrodniarzy wyzutych zarówno z własnego „ja”, jak i ze swoich zbrodni — istot z a- sługujących jedynie na obojętność. Czy należy więc ak­ceptować ten powierzchowny materializm, który uważa, że każdy czyn jest wynikiem zdeterminowania biologicznego, ekonomicz­nego i socjalnego, zaś każdy człowiek pozbawiony jest w kon­sekwencji własnej woli?

PUŁAPKI WRAŻLIWOŚCI

Chesterton swego czasu zauważył: najsłuszniejsze idee mają tendencje do stawania się szalonymi. Z drugiej wojny świa­towej wyszliśmy z pewnego rodzaju przewrażliwieniem, jeśli chodzi o wszystko, co mogłoby przypominać barbarzyński obłęd, w jakim nas pogrążyła. Począwszy od 1945 roku okrucieństwo represji chciano zastąpić bardziej humanitarną sprawiedliwością.Niektórym zasadom nadano pierwszorzędne znaczenie, zanie­dbując jednocześnie inne, zapewniające stan równowagi.Odrywając od kontekstu starą zasadę indywidualizacji kar, popadnięto w arbitralny subiektywizm.Uprzywilejowując stosowanie wobec skazanego procesu re­socjalizacji, zapomniano o konieczności istnienia sankcji.Skąd się to wzięło? Stąd, że nie mamy już odwagi ka­rać. Sądownictwo „funkcjonuje”, lecz sprężyna jego działania uległa skrzywieniu i sprowadziła go na „manowce”… Nie ma się odwagi karać? To właśnie dlatego, że uważa się, iż należy sądzić człowieka, a nie czyn, który on popełnił. Po 1945 roku tego rodzaju rozumowanie bardzo się rozpowszechniło, lecz korzenie jego sięgają daleko wstecz. Andre Gide, który no­tował pewne fakty ze świeżością laika, już w swoich Wspomnie­niach z sądu przysięgłych (Souvenirs de la cour d’assises) pisał: „To całkiem co innego słuchać, jak wymierza się sprawiedliwość a samemu uczestniczyć w jej wymierzaniu. Kiedy siedzi się wśród publiczności, można jeszcze wierzyć w sprawiedliwość. 

SKAZANI, A NIE WYKLĘCI

Zajmując się osobowością przestępcy spostrzeżono, że trudno jest zorientować się, co on naprawdę wewnętrznie prze­żywa. Odrzucono kilka naiwnych pewników. Czy na przylcład przestępca zawsze jest w pełni świadomy swoich czynów? Na­wet arystokraci ducha mogą nagle „zachwiać się”, jak na przy­kład Dostojewski, który po śmierci żony i brata stracił cały sens życia i uległ demonowi hazardu: w końcu „wydobył się” z tego, lecz jednocześnie na zawsze pojął, że przestępca to nie ktoś Inny.Wielu ludzi, których potępienie moralne dla przestępcy jest absolutne, nie może zrozumieć, że kara sądowa pozostaje względ­na. Dla nich zbrodniarz jest totalnie zbrodniczy: dlaczego pięć lat albo sześć miesięcy więzienia? Przyjmując, że nie podają w wątpliwość długości tych kar, chcieliby w każdym razie, by skazanego traktować — choćby w czasie, w którym dysponuje się jego wolnością — jako absolutnego wyrzutka społeczeństwa.Zadziwiające, że tak wielu nam współczesnych — którzy tak mało wierzą w piekło i którzy marzyli, by stworzyć raj na zie­mi — wierzą w konieczność istnienia piekła na ziemi, w którym potępieńcami powinni być skazani. Po to, byśmy czuli się ludźmi uczciwymi, muszą istnieć i ludzie nieuczciwi. Po to, abyśmy byli całkowicie niewinni, trzeba, by w zamian istniała kategoria ludzi całkowicie winnych. Ich czerń nas wybiela.Aby zwrócić skazanym ich ludzką godność, trzeba byśmy zro­zumieli, że społeczeństwo nasze korzystając z prawa do karania nie składa się wyłącznie ze sprawiedliwych. Że kara sądowa jest sprawą ogółu, zaś kara moralna — pokuta lub potępienie — jest wewnętrznym dialogiem między każdym człowiekiem a jego wła­snym sumieniem i jego Bogiem.

SPRAWIEDLIWOŚĆ W WIĘZIENIU

Ten wachlarz uczynnych sugestii pozwala zdać sobie sprawę, jak ważnym posunięciem było przyłączenie administracji więziennej do wymiaru sprawiedliwości. Administracja ta, ma­jąca możliwość praktykowania niebezpiecznej samowoli, winna być, jak żadna inna, przeniknięta duchem sprawiedliwości. Spra­wiedliwości, której poczucie więźniowie, podobnie jak dzieci, mają bardzo żywe.Jakże zdrowym objawem jest również fakt, iż od 1945 roku systematycznie starano się chronić skazanych i pomagać im! Nie tylko chronić społeczeństwo przed nimi, lecz również ich przed nimi samymi. Należy cieszyć się, że państwo przejęło na siebie chwalebne, lecz o jakże ograniczonym zasięgu, usiłowania świę­tego Wincentego a Paulo, apostoła galer.Wyższe wymagania co do poszanowania godności ludzkiej i    bardziej światłe rozumienie korzyści społecznej sprawiły, że otwierają się przed skazanym liczne drogi wyjścia.Być może sprawą zasadniczą jest fakt, iż sąd i więzienie nie działają w oderwaniu od siebie. Administracja więzienna pozo­staje odrębna od organów sądowych, a jednak obecnie sędzia ma do niej dostęp i swój w niej zakres odpowiedzialności. Wy­konanie kar wchodzi w skład postępowania karnego, a sędzia odpowiedzialny za wykonanie kary stał się ważnym elementem systemu, usiłującego przywrócić więźnia społeczeństwu; dawniej powiedziano by „wyprowadzić go na prostą drogę”, lecz jakże to moralizatorskie wyrażenie jest już dziś niemodne!Tak jak oskarżony pozostaje obywatelem, który podczas śledztwa i procesu powinien zachować wszystkie swe prawa, tak i    skazany pozostaje człowiekiem, którego należy traktować jak człowieka, jeśli chce się pozostawić mu choćby najmniejszą szan­sę stania się na powrót obywatelem.

DOSKONAŁA KARA

W Numei przyszła do mnie delegacja, by wychwalać zalety kar cielesnych. Przestępcy melanezyjscy, sądzeni w swoich ple­mionach według praw zwyczajowych, otrzymują — nago rozcią­gnięci na placu — określoną ilość uderzeń bykowcem. Po pierw­szym uderzeniu rzucają się konwulsyjnie, po drugim — krzyczą, po trzecim — wyją, po czwartym — tracą samokontrolę. I tak aż do pięćdziesiątego uderzenia, którego, „niektórym nie udaje się doczekać”. Oto, zapewniali mnie, doskonała kara, odstrasza­jąca dla złoczyńców, wzmagająca poczucie bezpieczeństwa ucz­ciwych ludzi. Jeśli natomiast takiego przestępcę weźmiecie i po­stawicie przed waszym republikańskim sądem — tłumaczono mi —• w sądzie w Numei zostanie skazany na kilka lat pobytu w czymś co zwane jest więzieniem, na wyspie u wybrzeży Nowej Kale­donii, gdzie więźniowie są prawie nie pilnowani, gdzie mają za­pewniony dach i strawę, gdzie spędzają czas na uprawianiu ogro­dów — prawdziwy ośrodek wypoczynkowy wśród kwiatów, pta­ków i błękitnego morza! Co za błąd tak wyłączać tych prze­stępców spod skutecznych działań naszych świętych obyczajów! A zresztą, dobrze zrobilibyście wprowadzając w metropolii w sto­sunku do wszystkich obywateli sprawiedliwość Kanaków…

PIĘĆDZIESIĄT UDERZEŃ BYKOWCEM

Korespondencja nadchodząca na ręce ministra sprawie­dliwości pełna jest listów zawierających odkrywcze propozycje. Dobre dusze sugerują używanie więźniów do niebezpiecznych prac; wymyślają środki medyczne mające w „łagodny” sposób uwolnić społeczeństwo od notorycznych przestępców; jako czuli obrońcy zwierząt proponują, by w doświadczeniach laboratoryj­nych biedne zwierzątka zastąpiono wstrętnymi kryminalistami.Inni sugerują wzorowanie się na praktykach stosowanych w niektórych państwach orientalnych: proponują np. obcinanie dłoni. Jeden z korespondentów precyzuje nawet: lewą dłoń w przypadku mańkutów. Pewien lekarz pisze, że wierzy tylko w karę, która powoduje cierpienia i pozostawia trwałe ślady. Określone przez odpowiednie przepisy i wykonane w imieniu społeczeństwa, okaleczenie byłoby ponoć oszczędnością czasu i   pieniędzy, przyniosłoby zaś niewątpliwie korzyści wychowaw­cze. Zamiast miesiąca więzienia obcinano by czubek ucha, za­miast sześciu miesięcy — całe ucho. Lekarz ten przelicza zbrod­nię, jak Shylock swe wierzytelności, na kilogramy ludzkiego cia­ła. Będąc człowiekiem rozsądnym, śpieszy zapewnić mnie, iż nie będzie trzeba obcinać wszystkich członków: gdy tylko przestęp­ca pojmie znaczenie stygmatów, jakie mu przyjdzie nosić na ciele, nie będzie miał ochoty na ponowne rozpoczęcie swej przestęp­czej działalności wiedząc, co go czeka, i wiedząc, że każdy już na pierwszy rzut oka rozpozna w nim złoczyńcę. Pobyt w wię­zieniu kosztuje drogo, ułatwia demoralizację, tworzy recydywi­stów. Stopniowa amputacja będzie karą dla winnego, zadość­uczynieniem dla ofiar, będzie wzmagać poczucie bezpieczeństwa w narodzie, a na wszystkich działać będzie wychowawczo.

DALSZY KROK

My uczyniliśmy dalszy krok ku abstrakcji. Nie ma już napisów na więziennych karetkach! Proces skrywania kary dobiegł końca. Wątpliwe posunięcie. Czyż kara śmierci nie zostałaby od da­wna zniesiona, gdyby gilotyna ciągle funkcjonowała przed mu- rami więzień? Ukrywając ją poza nimi zapewniono jej przetrwa­nie. Egzekucja nie przemawia już do wrażliwości — ani ją po­budzą, ani też razi. Stała się ona również pojęciem jakby nieco wstydliwym, które można ignorować lub o którym można rozmy­ślać ukradkiem.Tak samo jest i z. karą więzienia: w porównaniu z dawnymi karami uległa ona pewnemu złagodzeniu. Jednakże i ona jest środkiem chroniącym naszą wrażliwość, odbywa się gdzieś z dala od nas. Dla winnego nie jest to bez znaczenia. W stopniu, w jakim społeczeństwo „nie chce o nim wiedzieć”, ryzykuje on, iż będzie wydany na łaskę bardzo niebezpiecznej samowoli. Uprawnienia skazanego i nadmierna dyskrecja niezbyt dobrze ze sobą współ­grają.