DONIESIENIA PRASOWE

W „Gazette de tribunaux” z 1837 roku Michel Foucault wy­tropił pewien wielce znamienny tekst. Oto donoszono w nim o  zniesieniu konwojów galerników, którzy skuci łańcuchami prze­mierzali miasta i miasteczka, aż do Rochefort lub Tulonu. Krok „humanitarny”, lecz przede wszystkim mający na celu uniknię­cie, zawsze nieco dwuznacznego, kontaktu skazanych z tłumem, pozbawienie ich możliwości pewnego rodzaju milczącego dialogu: „Nie leży w naszych obyczajach prowadzić ludzi w podobny spo­sób: należy unikać dawania w miastach, przez które przechodzi konwój, równie odrażającego spektaklu, który zresztą dla lud­ności nie ma żadnych walorów wychowawczych” . Koniec z ga­lernikami, demonstracyjnie potrząsającymi swymi łańcuchami wśród szyderstw, to znów wśród okrzyków zachęty. Odtąd są za­mykani w karetce więziennej: „więzienie na kółkach, które na swych niemych i ponurych bokach ma ten jedynie napis: Tran­sport skazańców”.

W ODOSOBNIENIU

Litość w stosunku do winnego jest równie stara jak sama sprawiedliwość. Tragedia grecka pełna jest lamentów chóru, opiewających cierpienia postaci będących ofiarami nieuchronne­go przeznaczenia. Oczywiście nie wszyscy przestępcy są bohate­rami tragedii. Ale jest pewna wielkość w każdym człowieku, który płaci za swe czyny. Kara zwraca winnemu jego prawo do godności ludzkiej. Nie jest wprawdzie podobny męczennikom ancien legime’u, którzy troszcząc się o to, by „dobrze umrzeć”, częstokroć wzbudzali w tłumie uczucie podziwu i wzruszenia. Czy mamy mniej serca niż ludzie z tamtych, jakże okrutnych, czasów?Oto paradoks złagodzenia kar: zbanalizowane, wyjałowione — stały się abstrakcją. Nie ma w nich okrucieństwa, lecz nie wzbu­dzają już współczucia — zimne kary obojętnego społeczeństwa.Pręgierz był wręcz symbolem dawnego wymiaru sprawiedli­wości. Obecny wymaga tajemnicy kar. Za ancien regime’u samo postępowanie sądowe było tajne, zaś kara — publiczna. Dziś są­dzi się publicznie, natomiast karę wykonuje się w ukryciu. Usu­wamy skazanych z widoku publicznego. Więzienie to wyłączenie z obiegu, usunięcie „w cień”, jak to się potocznie mówi. Zapo­biega ono „szkodzeniu”, ale również i zakłócaniu między inny­mi naszego spokoju.

PRAWO I PORZĄDEK

„Prawo i porządek” („la loi et 1′ordre”, „law and order”) — formuła ta to pleonazm niezasłużenie osławiony: nie ma porząd­ku jako takiego, by nie pochodził on od prawa; nie ma prawa, które utrzymałoby się w anarchii. Tak więc kluczem gwarancji praw oskarżonego jest domnie­manie niewinności. Nikt nie może być uznany za winnego, za­nim nie zapadnie wyrok. Wina zostanie uznana w rezultacie drobiazgowego procesu, którego celem jest wyjaśnienie, jeśli to możliwe, wszystkich wątpliwości, a w każdym razie postawienie wszystkich pytań. Obrona może korzystać ze wszystkich swych praw, najpierw wobec sędziego śledczego i izby oskarżycielskiej, później w trakcie kontradyktoryjnego procesu wobec sędziów albo niezależnych sędziów przysięgłych — orzekających zgodnie z własnym sumieniem.Poszanowanie praw oskarżonego nie różni się więc od posza­nowania praw obywatelskich.Oto oskarżony uznany winnym. Zbrodniarz, przestęp­ca: odtąd ma prawo do etykietki. Czy należy zrobić z niego rów­nież i wyrzutka społeczeństwa? Obiekt hańby, gniewu czy po­gardy? Czyż nie pozostaje on człowiekiem, i to godnym współ­czucia?

„RACZEJ NIESPRAWIEDLIWOŚĆ NIŻ BAŁAGAN”

„Wolę popełnić niesprawiedliwość niż tolerować bała­gan”. To słynne zdanie Goethego często jest przytaczane prze­ciwko zbytnim skrupułom, jeszcze częściej poddawane dezapro­bacie moralnej. Lecz zarówno opierając się na nim, jak i potę­piając je — popełniamy równie duży błąd. Okoliczności, w ja­kich je wygłoszono, nadają mu sens całkiem inny, niż sądzimy. W czasie oblężenia Mayence oskarżono Goethego o uratowanie przed linczem kolaboranta Francuzów: niesprawiedliwość dla Goethego oznaczała uratowanie życia winnemu, bałaga­nem byłoby dopuszczenie do jego egzekucji bez sądzenia. Tak więc bałagan to lekceważenie prawa — to niesprawiedli­wość najwyższego rzędu. Nie jest słuszne, gdy przestępca umyka sprawiedliwości. Lecz sprawiedliwość to przede wszystkim, i być może wyłącznie, oznaka wyższości prawa nad siłą, porządku nad bałaganem spowodowanym wybrykiem. Zrezygnowanie z proce­dury to cios zadany samemu pojęciu prawa.

GDZIE PROBLEM?

Problem nie polega na wyborze między niewinnym a winnym, lecz na wielkim ryzyku grożącym wielu niewinnym tylko dlate­go, że chce się doprowadzić do wtrącenia do więzienia kilku do­datkowych winnych. To prawda, procedura opóźnia ukaranie winnego i czyni je bardziej zależnym od losu. W zamian oddala niebezpieczeństwo, jakie niesie z sobą niecierpliwość, czy nie- rozważność, zapobiega skazywaniu niewinnych. Niewinność potrzebuje obrony. Wymiar sprawiedliwości nie jest wszechmocną intuicją Pana Boga, który „rozpoznaje swoich”. Niewiele trzeba, by człowiek został oskarżony, ponieważ ludzie — widzieliśmy to — nie są sobie równi w obliczu aparatu sądowego. „Żałosny biedak” bełkoczący podczas przesłuchania ma wszelkie szanse zostania uznanym za winnego, podczas gdy pewny siebie zbrodniarz będzie miał możliwość zrobienia dobrego wrażenia. Czyż sofiści nie uczyli ateńskiej złotej młodzieży sztuki i sposobu przekonywania trybunału lub zgromadzenia nawet w przypadku braku racji? Ludzie nie są sobie równi pod względem zręczności. Są równi jedynie w prawach: drobiazgowa procedura i gwaran­cje obrony są właśnie po to, by zrównać ich szanse wobec sę­dziów.

OBRONA PROCEDURY

Procedura ma złą prasę. Wytyka się niejasny i dro­biazgowy charakter ściśle przestrzeganych formalności; oburze­nie budzi to, że przeciwnik znajduje w niej ochronę, a niekiedy nawet i obronę, że dostojny trybunał potyka się czasami na po­żałowania godnych drobiazgach.Zdarzyło się, iż uchylono wyrok sądu przysięgłych tylko dla­tego, że jakiś świadek złożył przysięgę, że będzie mówił „pra­wdę” bez sprecyzowania, że „całą prawdę i tylko prawdę”.Ostatnio człowiek winny umyślnego uszkodzenia ciała został zwolniony przez sąd poprawczy, ponieważ tymczasem stan zdro­wia ofiary pogorszył się aż do wystąpienia trwałego kalectwa. Występek stał się więc zbrodnią. Sąd poprawczy poczuł się nie­właściwym do rozpoznania tej sprawy . Czy lepiej jest zwolnić winnego, czy też skazać niewinnego? Oto spór godny rzymskich retorów. Seneka uczyniłby z niego prawdziwe cacko. Nie usiłujmy mu dorównać w tych. abstrak- cyjnych ćwiczeniach. Postawmy inne pytanie: gdyby procedura była mniej drobiazgowa, to ilu skazano by niewinnych tylko dlatego, by móc zatrzymać ilu winnych, którzy aktualnie są na wolności z braku wystarczających dowodów?

SPRZYJAJĄCY KLIMAT

Tym bardziej że rzadko przychodzi mu pracować w sprzyja­jącym klimacie. W sprawę wdaje się opinia publiczna. Prasa od­powiednio ją nastawia.Pewien spokojny człowiek zostaje skazany za zabójstwo sta­ruszki. Czy w jego przypadku nie stanowi to przykładu skwapli- wości, z jaką opinia publiczna zawładnęła „winnym”, skazała go na podstawie zwykłych podejrzeń, zbagatelizowała domnie­manie niewinności? Oczywiście, jeśli sędziowie przysięgli ska­zali go, to dlatego, że uznali go winnym i że „do ich duszy i su­mienia” nie zakradła się wątpliwość lub też wątpliwość je opuś­ciła. Ale jakim ciężarem na wyroku legła atmosfera ogólnego przekonania o winie?To dlatego czas winien przeciwdziałać tej sile, która nakła­niałaby wymiar sprawiedliwości do podążania tropem policji na podobieństwo, narciarza, który w kopnym śniegu trzyma się śla­dów zjeżdżającego przed nim kolegi. Cel nie uświęca środków: społeczeństwo nie może sobie po­zwolić na wszystko, by skazać oskarżonego, przede wszystkim nie powinno ryzykować skazania niewinnego. Odwrotnie, w wa­runkach wolności to środki uświęcają cel. Im większe podejmie się środki ostrożności gwarantujące prawa oskarżonego, tym kara będzie bardziej uzasadniona. A wówczas zyska cały swój autorytet i będzie w stanie rozwinąć całą swą siłę. Pozbawienie wolności nie będzie synonimem zniesienia tej wolności.

UPRAWNIENIA WINNEGO

Jak daleko może się posunąć społeczeństwo w reali­zacji swego prawa do karania? Czy może wymusić skazanie za wszelką cenę? Czy może zastosować wobec winnego jakąkolwiek karę? Jakie są uprawnienia oskarżonego wobec prawa karania, jakie są uprawnienia winnego? Popełniono zbrodnię. Fakt ten każe domniemywać ist­nienie winnego, pociąga też za sobą potrzebę zadośćuczynienia. Niektórzy żądają nawet zemsty. Biada temu, kto pierwszy bę­dzie miał jakiekolwiek powiązania z zaistniałą wskutek okolicz­ności sytuacją. To nie przez złośliwość „zrobi się” z niego win­nego: próżnia jest nie do zniesienia. Wymiar sprawiedliwości z natury rzeczy jej się boi. Zadaniem — jakże trudnym — sę­dziów śledczych, prokuratury, policji kryminalnej jest zachowanie w nienaruszonym stanie ożywiającej ich chęci poszukiwania sprawiedliwości, przy jednoczesnym przestrzeganiu surowego, krytycznego dystansu wobec pierwszych wrażeń i pierwszych przemyśleń. Tak, wymiar sprawiedliwości powinien strzec się samego siebie.

SPRAWA PRAKTYKI

Reszta to sprawa praktyki. Prawdą jest, że nie brakuje pa­radoksów w naszym systemie karnym. Potwierdzenie odpowie­dzialności odbywa się często poprzez pozbawienie wolności, po­twierdzenie solidarności poprzez podzielenie wspólnoty. Ale czy życie samo nie jest pełne paradoksów?Dzisiejsze kary są takie, jakie są, i dopóki ktoś nie zapropo­nuje lepszych, trzeba jak najracjonalniej posługiwać się nimi. Lepszych — to znaczy bardziej zdolnych przeobrazić skazanego; bardziej odstraszających potencjalnych przestępców; bardziej satysfakcjonujących odczuwaną przez ofiary i społeczeństwo po­trzebę zadośćuczynienia. A niełatwo jest osiągnąć to wszystko jednocześnie. W każdym razie to, co przede wszystkim powinno zostać za­pewnione, to prawo i obowiązek karania, ponieważ jesteśmy wol­ni i solidarni. Oto droga, która — między sprzecznymi i pełnymi presji polemikami reprezentującymi zbytnią tolerancyjność z jed­nej strony, z drugiej zaś systematyczną represję — może dopro­wadzić do spójnej dyskusji.

SPÓJNA DYSKUSJA

Stwierdzenie tej zasady nie zwalnia od brania pod uwa­gę działania społecznego, prawa społeczeństwa. Wprost przeciw­nie: sama zasada odpowiedzialności odwołuje się do niego. Dlaczego mam się tłumaczyć przed kimkolwiek z użytku, jaki robię ze swej wolności? Dlatego, że jestem częścią społeczności, w ramach której korzystam z mojej wolności, społeczności, która mi tę wolność przyznała, która ją zagwarantowała, wyznaczając zarazem jej nieprzekraczalne granice.Nie, to co indywidualne i to co społeczne nie może być sobie przeciwstawne. Każde przestępstwo jest pogwałceniem zbiorowe­go prawa, lecz przede wszystkim zerwaniem tej ludzkiej solidar­ności, której wyraz chce dawać, jakże czasem niezdarnie, każde społeczeństwo. Czyżby przestępca również odczuwał brak poczu­cia braterstwa? To bardzo prawdopodobne. Jednak popełnił błąd rezygnując z niego. Postąpił tak, jak gdyby społeczeństwo nie miało mu nic do zaoferowania. Karząc, społeczeństwo potwierdza, że jest wspólnotą solidarną.